Neopoganie i Kościół

Neopoganie i Kościół


Przeczytałam książkę “Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy”. Duże wrażenie zrobił na mnie artykuł zamieszczony na końcu: “Neopoganie i Kościół”. Został wydany w 1957 roku w czasopiśmie “Hochland” przez 30-letniego wówczas Josepha Ratzinger. Wywołał sporo kontrowersji i nieprzyjemności dla autora. Część tez artykułu wyrasta z doświadczeń sprawowania przez J. Ratzingera funkcji wikarego w Bogenhausen.

Ten rok okazał się właściwie najpiękniejszy w moim życiu, choć nie zabrakło w nim dramatycznych doświadczeń, właśnie przy nauczaniu katechezy. Miało się czterdzieścioro chłopców lub czterdziestoro dziewcząt przed sobą grzecznie uczestniczących w zajęciach, ale wiedziało się, że w domu słyszeli co innego. “Ale tatuś mówi - dowiadywałem się potem - że nie muszę się tym tak przejmować”. Czuło się, że instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa, lecz realny świat oddalił się w znacznym stopniu.”

Artykuł “Neopoganie i Kościół” stara się zdiagnozować sytuację Kościoła Katolickiego  w Niemczech i  zarysować kierunki zmian i przekształceń oraz odpowiedzieć na ważne pytanie o zbawienie niewierzących.  J. Ratzinger zauważa, że słuszne jest pytanie o to czy Kościół nie powinien zrzec się powiązań ze światem czyli przywilejów i pozornego bogactwa, które staje się zagrożeniem na drodze do prawdy. Autor stwierdza, że nawet jeśli Kościół nie pozbędzie się przywilejów sam, zostaną one odebrane, lepiej więc być na to przygotowanym.

Konsekwencją tego zewnętrznego zubożenia powinny być według J. Ratzingera procesy sakralizacji sakramentów, przepowiadania oraz relacji pomiędzy wierzącymi i niewierzącymi.

Płaszczyzna sakramentów, otoczona kiedyś dyscypliną wtajemniczania w arkana, to właściwa wewnętrzna płaszczyzna istoty Kościoła. Ponownie należy sobie uświadomić, że sakramenty bez wiary nie mają sensu i tu Kościół będzie musiał stopniowo, z zachowaniem największej delikatności, zrezygnować z szerokiego zakresu swojego zasięgu, gdyż wynika z tego zwodzenie samego siebie oraz ludzi.

Mam wrażenie, że w Polsce jednak taka przemiana jeszcze się nie dokonała. Nie wiem czy dokonała się w Niemczech, nie znam realiów tego kościoła. Wzmianka o delikatności jest moim zdaniem bardzo ważna - wydaje mi się, że pragnienie duchowego świętowania przełomów w życiu jest naturalna, dobra, jest we wnętrzu wielu ludzi. Jak delikatnie odmówić sakramentu, a jednocześnie wspomagać duchowo ludzi w ich życiu? Ja sama chyba nie byłabym w stanie rozmawiać na ten temat nawet z dość bliskimi osobami, które na danym etapie życia nie interesują się wiarą, ale chcą zawrzeć małżeństwo i pragną błogosławieństwa Absolutu czy Stwórcy w którego wierzą lub duchowej oprawy uroczystości.

Drugą płaszczyzną sakralizacji wskazaną przez J. Ratzingera to sakralizacja przepowiadania -  z uwagi na ograniczenie sakramentów do niewielkiej grupy chrześcijan słowo ma być głównym kanałem mówienia o wierze innym. Ja rozumiem to w następujący sposób:  gdy znikną okazję do ewangelizacji z postaci masowych chrztów, przygotowania do pierwszej komunii, bierzmowania, ślubu, a nawet kazań w czasie Eucharystii płaszczyzną przepowiadania będzie kontakt poza Kościołem, poprzez słowo.

Ostatnim procesem miałaby być sakralizacja osobistych relacji w Kościele oznacza to, że członkowie Kościoła “czują się związani również w życiu prywatnym i wiedzą, że mogą liczyć na siebie także w sytuacjach kryzysowych, więc faktycznie tworzą poniekąd rodzinę”.

Tutaj zaczyna się druga część rozważań J. Ratzinegra dotycząca zbawienie niewierzących. Auto opisuje zjawisko, w którym wobec wzrostu liczby niewierzących we własnych środowiskach życia (niewierzącym może być własne dziecko, brat, przyjaciel) wyobrażenie o tym, że wszyscy dobrzy ludzie zostaną zbawieni staje się oczywiste dla większości wierzących. Jednocześnie powstaje wśród wierzących niepokój,  ponieważ wydaje im się, że istnieją dwie drogi zbawienia: łatwa poprzez bycie człowiekiem sumienia, oraz trudna - chrześcijańska. J. Ratzinger stara się zarysować odpowiedź na ten dylemat. Twierdzi, że jest tylko jedna droga zbawienia - Chrystus. Dla drogi tej właściwy jest podwójny zasięg: odnosi się do świata czyli wielu, oraz niewielu czyli Kościoła. Podaje analogię narodu wybranego - jego wybranie nie oznaczało odrzucenia pogan bo w Chrystusie statyczne “obok siebie” pogan i Żydów nabiera dynamiki, nie-wybrano(poganie) stają się wybrani. Bóg może wybierać ,ludzi w dwojaki sposób - pisze autor artykułu - bezpośrednio lub przez ich pozorne odrzucenie. Obie grupy mają swoje miejsce na drodze do zbawienia. Zbawienie jest miłością Boga - ani wierzący ani niewierzący tak naprawdę nie mogą zapracować sami na zbawienie. Zbawienie bazuje bowiem na wymianie: Jeden-Chrystus a my-wielu-ludzkość. Natomiast miejsce Kościoła w tej wymianie polega na tajemnicy zastępczego działania zbawczego.

Przedstawienie Kościoła i nie-Kościoła nie oznacza “obok siebie” i nie “przeciwko sobie”, lecz “nawzajem dla siebie”, gdzie każda strona pełni własną funkcję. Niewielu, tworzącym Kościół, powierzona jest kontynuacja misji Chrystusa reprezentacja wielu, a zbawienie obu dokonuje się jedynie w ich wzajemnym podporządkowaniu i wspólnym podporządkowani8u zastępczemu działaniu Chrystusa, który je obejmuje. (...) W odniesieniu do współczesnych pogan należy stwierdzić, że chrześcijanin może upatrywać ich zbawienia w Bożej łasce, od których zależny jest także jego ratunek, ale patrząc na ich ostoję, nie może dyspensować się od powagi własnej wierzącej egzystencji, lecz właśnie ich niewiara ma być dla niego tym silniejszą zachętą do pełniejszej wiary, w której czuje się włączony w zastępcze działanie zbawcze Jezusa Chrystusa, gdyż od niego zależy zbawienie świata, a nie tylko samych chrześcijan.

Czytając powyższy artykuł przypomniałam sobie o wywiadzie, który został przeprowadzony z Benedyktem XVI w październiku 2015 roku w czasie sympozjum teologicznego o usprawiedliwieniu. Wywiad został włączony do akt sympozjum. 16 marca 2016 tekst wiwiadu zamieścił "L'Osservatore Romano", w tym czasie pojawiły się także jego omówienia w prasie katolickiej, które czytałam. Zawracam uwagę na to co mówi Benedykt XVI - czuję do niego sympatię, może z powodu charakteru, który mi odpowiada oraz cenię autorytet teologiczny. Ważnym etapem była dla mnie lektura jego książki “Jezus z Nazaretu”. Znam także zarzuty, prawdopodobnie część jest zasadna. W omówieniach wywiadu z 2015 zwróciłam uwagę na wzmiankę o koncepcji o. Henriego de Lubaca, w której papież upatruje nadzieje na rozwiązanie problemu zbawienia niewierzących.  Jest to bardzo ciekawy temat dlatego zamieszczam moje, być może czasem zbyt luźne..., tłumaczenie tego fragmentu wywiadu ( jeśli przeinaczyłam sens proszę o poprawki, orginał znajduje się tutaj ( http://de.radiovaticana.va/news/2016/03/19/im_wortlaut_interview_mit_benedikt_xvi/1216537 )

 

Pytanie: W Ćwiczeniach Duchowych, Ignacy Loyola nie używa starotestamentowych obrazów zemsty [Boga] ( w przeciwieństwie do Pawła  (2 List do Tesaloniczan 1, 5-9) ),  jednak zachęca nas do kontemplowania, jak ludzie, do momentu Wcielenia, "szli do piekła" (Ćwiczenia duchowne n 102) oraz do rozważania przykładów "niezliczonych innych ludzi, którzy znaleźli się w nim [piekle] za znacznie mniej grzechów niż ja popełniłem "(Ćwiczenia duchowne, n. 52). To właśnie w tym duchu św. Franciszek Ksawery prowadził swoją pracę duszpasterską - przekonany, że musi spróbować ocalić od strasznego losu wiecznego potępienia, tak wielu "niewiernych", jak to możliwe. Nauczanie to sformalizowane na Soborze Trydenckim, we fragmencie odnoszącym się do sądu nad dobrymi i złymi, zradykalizowane następnie przez jansenistów, zostało podjęte w sposób o wiele bardziej powściągliwy w Katechizmie Kościoła Katolickiego (por. § 5 633, 1037). Czy można powiedzieć, że w tej kwestii w ostatnich dziesięcioleciach nastąpił swego rodzaju "rozwój dogmatu", który to rozwój Katechizm zdecydowanie powinien wziąć pod uwagę?

 

Odpowiedź Benedykta XVI:

Niewątpliwie w tej kwestii mamy do czynienia z głębokim rozwojem dogmatu w okresie przejściowym. Podczas gdy Ojcowie i teolodzy średniowieczni mogli [ z uwagi na uwarunkowania historyczne] posiadać pogląd, że cały rodzaj ludzki stał się chrześcijański, a pogaństwo istnieje tylko na peryferiach, odkrycie Nowego Świata na początku ery nowożytnej radykalnie zmieniło perspektywę. W pierwszej połowie ubiegłego wieku utwierdzono się w rozumieniu, że Bóg nie może dopuścić potępienia wszystkich nieochrzczonych, a nawet, że ich czysto naturalne szczęście nie stanowi realnej odpowiedzi na pytanie o ludzką egzystencję. Podczas gdy wielcy misjonarze XVI wieku nadal byli przekonani, że ci, którzy nie są ochrzczeni są na zawsze potępieni - i to tłumaczy ich zaangażowanie misyjne - w Kościele katolickim po Soborze Watykańskim II  świadomość załamała się. Spowodowało to głęboki, podwójny kryzys: po pierwsze wydaje się, że nie ma żadnego powodu, aby oddać się misjom. Dlaczego warto próbować przekonywać ludzi do przyjęcia wiary chrześcijańskiej jeśli mogą być zbawieni nawet bez niej? Ale powstał problem także dla chrześcijan: obowiązkowy charakter wiary i sposobu życia według niej zaczął wydawać się niepewny i problematyczny. Jeśli inni mogą być zbawieni w inny sposób, nie jest do końca jasne dlaczego chrześcijanin sam jest związany wymaganiami wiary chrześcijańskiej i jej moralności. Jeśli wiara i zbawienie nie są już współzależne, sama wiara staje się bezzasadna.

W międzyczasie zostało podjętych kilka prób w celu pogodzenie uniwersalnej potrzeby wiary chrześcijańskiej z możliwością zabawienia bez wiary. Wspomnę tutaj dwie próby: po pierwsze dobrze znana teza anonimowych chrześcijan Karla Rahnera. Utrzymuje on, że podstawowym, niezbędnym aktem leżącym u podstaw chrześcijańskiej egzystencji, mającym decydujące znaczenie dla zbawienia, wpisanym w transcendentalną strukturę naszej świadomości, jest otwarcie na totalnie innego(drugiego), ku jedności z Bogiem. Wiara chrześcijańska w tym przypadku będzie powodować wzrost świadomości tego, co jest w człowieku strukturalne(istniejące) samo w sobie. Więc kiedy człowiek akceptuje swoją  zasadniczą strukturę[byt] spełnia istotę bycia chrześcijaninem nie uświadamiając sobie tego  w sposób konceptualny. Bycie człowiekiem jest więc zbieżne z byciem chrześcijaninem, w tym sensie każdy człowiek, który sam siebie przyjmuje, jest chrześcijaninem, nawet jeśli o tym nie wie. Teoria ta jest fascynująca, ale sprawia, że samo chrześcijaństwo staje się jedynie kwestia świadomego przedstawienia tego, czym jest człowieczeństwo, a więc nie jest to dramat przemiany i odnowy, który ma zasadnicze znaczenie dla chrześcijanina.

Jeszcze mniej akceptowalne jest rozwiązanie proponowane przez teorię pluralistycznych religii, które mówi nam, że wszystkie religie na swój sposób są drogami do zbawienia i w tym sensie powinny być traktowane jako równorzędne. Krytyka religii występująca w Starym Testamencie, w Nowym Testamencie i we wczesnym Kościele jest bardzo mocna w rozróżnianiu wartości różnych religii. Tak prosta odpowiedź na to najważniejsze pytanie nie jest właściwa.

Wreszcie przede wszystkim Henri de Lubac i po nim inni podkreślali ideę zastępstwa. Egzystencja-dla (bycie-dla) Chrystusa jest wyrazem podstawowego modelu egzystencji chrześcijańskiej oraz Kościoła. Nie rozwiązuje to całkowicie problemu, ale myślę, że jest to jednak zasadniczy wgląd w sposób istnienia każdego chrześcijanina. Chrystus jako jedyny był i jest dla wszystkich, natomiast chrześcijanie, którzy tworzą razem z Nim jedno ciało w  świecie, według wielkiej metafory św. Pawła, współuczestniczą w tym byciu-dla. Chrześcijanin istnieje więc jakby nie dla siebie, ale z Chrystusem dla innych. Nie jest to rodzaj specjalnego bilet do wiecznego szczęścia, ale misja niesienia całości. Człowiek potrzebuje do zbawienia wewnętrznej otwartości na Boga, wewnętrznego oczekiwania i podążania do Niego, a to oznacza z drugiej strony, że ​​razem Panem, który spotkał się z nami, docieramy do innych i ich próbujemy im pokazać doświadczenie Boga w Chrystusie.

To “bycie-dla” można przedstawić także bardziej abstrakcyjnie. Dla ludzkości ważne jest aby była w niej prawda,  w którą wierzy się i którą się żyje. Za którą ktoś cierpi. Którą ktoś  kocha. Ta rzeczywistość rozświetla świat jako całość i podtrzymuje go. Myślę, że w obecnej sytuacji słowo Boga dane Abrahamowi rozumie się coraz mocniej - dziesięciu sprawiedliwych byłoby wystarczającą liczbą, aby miasto mogło przetrwać, zostaje jednak zniszczone, ponieważ nie znalazła się nawet ta niewielka liczba. Jest oczywiste, że konieczne są dalsze studia w tej dziedzinie.

 

W wywiadzie z 2015 Benedykt XVI przypisuje koncepcję zastępczej substytucji jezuicie Henri de Lubac’owi. Jednak w artykule z 1957 roku nie wspomina o nim. Rozwiązanie tego problemu moim zdaniem jest fakt, że w latach 1950-60 Henri de Lubac otrzymał od swojego zakonu zakaz nauczania ( z tego co przeczytałam nie związany z powyższą koncepcją)! Myślę, że dla młodego niemieckiego profesora powoływanie się na uciszonego teologa mogło być zagrożeniem dla kariery naukowej. W 1960 zakaz nauczania dla H. de Lubac’a został cofnięty, został on także powołany jako ekspert soboru. Jest w jakiś sposób wzruszające dla mnie, że Benedykta w wieku 30 i 79 lat nurtuje problem zbawienie niechrześcijan i mimo sprawowania najwyższych funkcji w Kościele nie uważa, że sam go rozwiązał, a jedynie wskazuje obiecujące drogi. Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na opisany rozwój bardzo ważnego dogmatu. Dawniej sformułowanie “Poza Kościołem nie na zbawienia” było traktowane jako prawda/ dogmat absolutny, bez możliwości zmiany. Jednak Benedykt XVI przyznaje, że następuje rozwój dogmatu. Z drugiej strony brak jakiejkolwiek elastyczności w interpretacji tego dogmatu doprowadziła do wielu cierpień ludzi. W “Antologii reportażu polskiego XX wieku” znajduje się poruszający reportaż W.Reymonta o prześladowaniu grekokatolików, którzy doświadczali więzienia, konfiskaty majątku, śmierci swoich dzieci, ponieważ wierzyli, ze przejście na prawosławie oznacza wieczne potępienie. W okresie gdy J. Ratzinger pisał swój artykuł, w którym nie tylko nie rozróżniał katolików od protestantów pisząc po prostu o chrześcijanach, ale zastanawiał się nad drogami zabawienia niewierzących, moi rodzice na katechezie uczyli się, że protestanci i prawosławni, których niewielki społeczności żyją w ich mieście będą potępienie. Przestrzegano ich przed kontaktami z nimi oraz nazywano wchodzenie do niekatolickich świątyń grzechem śmiertelnym. Do dziś mają o to żal. Myślę więc, że potrzebna jest z jednaj strony cierpliwość w dążeniu do rozwoju dogmatów, ale jednocześnie pokora i powstrzymywanie się od absolutnych sądów lub określania mających wątpliwości heretykami.